niedziela, 16 lutego 2014

Rozdział XXVII- Siedziba wampirów cz.2

Rozdział XXVII- Siedziba wampirów cz.2
  Lucien prowadził nas ciemnym korytarzem przebiegającym pod hotelem do siedziby swojego klanu. Nie musiał się odwracać, aby sprawdzać czy za nim nadążamy, ponieważ nasze kroki odbijały się echem od kamiennych ścian. Poza tym Trey i tata co chwilę rozmawiali o meczach piłki nożnej, zapewne chcąc rozluźnić trochę napiętą atmosferę. Ja jednak pozostawałam czujna i z ramieniem Shy na mojej szyi, starałam się nie poślizgnąć na miejscami śliskiej podłodze. Może i byłam doskonale wytrenowana, ale Shy nie była taka lekka zwłaszcza, że przeniosła cały ciężar swojego ciała na mnie.
  Wampirzyca z wyraźnie zamyśloną miną, szła przed siebie niczym robot, polegając na moim zmyśle równowagi. Z krzywym uśmieszkiem obserwowałam jak Tommy z zaciekawieniem przygląda się mojej  przyjaciółce. Z jednej strony pewnie będzie jej się trochę naprzykrzał jak to facet, ale lubiłam go. Był nieszkodliwy, a poza tym Shy być może będzie w nim miała sojusznika i kto wie, może pomoże jej się przystosować do reguł panujących w jego świecie? Chodź siedział w tym od czterech lat i był jednym z najmłodszych z grupy, to orientował się w zasadach jakie dotyczą Dzieci Nocy. Będzie mógł więc pomóc Shy i nie będę musiała drżeć z obawy czy ktoś pokroju Luciena będzie sprawiał kłopoty. Zasada w klanie była jedna: każdy szanuje każdego, bez względu na wiek.
- Ile lat już istnieją te korytarze?- spytała Shy Luciena.
  Nie widziałam jego miny, ale uniesiony policzek podpowiedział mi, że się uśmiechnął. Może jednak ten wampir ma w sobie odrobinę ciepła?
- Istnieją od XIX wieku. Zbudowano je, aby przemycać do muzeum różnego rodzaju eksponaty lub schronić rodziny i dzieci pracowników.
- I wy postanowiliście zrobić sobie w nich kryjówkę? Nie pomyśleliście, że jakiś głupi człowiek może tu wejść i was zobaczyć? Co wtedy robicie?
- Są dwa wyjścia. Pierwsze to wmówienie mu kłamstwa, że któryś z nas się zgubił. Często działa, ale zdarzają się ludzie odporni na nasz urok. A druga to... mniej subtelna metoda, ale cóż, przynajmniej mamy więcej pożywienia, prawda?- uśmiechnął się do niej szeroko przez ramię, pokazując swoje ostre jak brzytwa kły.
  Okej, to chyba byłoby na tyle w temacie dobroci Luciena. Ten facet nie miał za grosz taktu. Przecież ostatnio Shy prawie zabiła Bonnie! Na pewno teraz przeżywa to od początku o czym świadczyła jej smutna mina. Gdyby nie to, że Lucien był bardziej doświadczony ode mnie i ( co tu ukrywać) znacznie starszy, wymierzyłabym mu prawego sierpowego lub kopniaka z półobrotu.   
  Na szczęście z pomocą przyszedł Tommy, który czując napięcie pomiędzy nami, zaczął zagadywać moją przyjaciółkę o jej zainteresowania i tak dalej. W zasadzie wyglądał tak, jakby chciał ją poderwać ( co w sumie było możliwe, Shy przecież nie była brzydka). Co prawda wszyscy dokładnie słyszeliśmy o czym rozmawiali, ale nie chcieliśmy im przeszkadzać. Shy, choć nadal była w stosunku do niego bardzo nieśmiała, rozmowa z nim sprawiła, że jej twarz znowu nabrała trochę kolorów i nie była tak zrozpaczona jak wcześniej. Gdyby nie nasza obecność i sytuacja z Bo, to pewnie z uśmiechem na ustach rozmawiałaby ze swoim wampirzym kolegą. 
  Ale to nie był dla nas dobry czas. Zaczynałam już się niecierpliwić, że tak długo idziemy, jednak po chwili dotarliśmy do wielkich dębowych drzwi, ozdobionych różnego rodzaju esami-floresami i wysadzanych drogimi kamieniami. Moja nauczycielka demonologii Ariane opowiadała kiedyś, że w ten sposób klan chce pokazać intruzom z innych grup jak są potężni i bogaci, a kamienie szlachetne mają nawiązywać do klejnotów królewskich. No cóż, nie było tajemnicą, że wampiry wolały przeszłość od teraźniejszości, dlatego w większości byli oni staroświeccy.   
  Uśmiechnęłam się krzywo na widok wielkiego napisu, przebiegającego przez całe drzwi. Był w języku demonów, przez co każdy z naszego świata mógł go zrozumieć.
- Alari de mille- odczytałam na głos- Świat zwycięzców.
  Shy zmarszczyła brwi.
- W jakim to jest języku?
- Starożytny język demonów- wyjaśnił tata- Każdy kto wchodzi do naszego świata musi go znać. Ma taką funkcję jak język angielski, przez niego wszystkie istoty ze Świata Cieni mogą się porozumieć.
- Czy to oznacza, że ja także będę musiała się go uczyć?- spytała.
  Lucien i Tommy posłali jej szelmowskie uśmiechy.
- Pewnie tak, ale na innym etapie edukacji.- powiedział Tommy, szturchając mnie ramieniem.- Shadow go zna, ponieważ urodziła się w naszym świecie i wedle jego zwyczajów została wychowana. Ja także go znam, Lucien też choć kiedyś był człowiekiem, a resztę poznasz- powiedział, po czym z przesadną powagą otworzył drzwi.
  Shy oniemiała ze zdumienia, a ja przyglądałam się jej minie z szerokim uśmiechem na twarzy. Kryjówka wampirów robiła kiedyś na mnie wrażenie, ale zdążyłam się przyzwyczaić. Pomieszczenie to wyglądało jak wyciągnięte żywcem z wielkiego pałacu. Ściany i podłoga były wyłożone wiśniowym drewnem z którego były również zrobione staroświeckie meble i wielkie kręte schody po bokach, prowadzące do dalszych pomieszczeń. Na środku był rozłożony piękny perski dywan, który Richelle sprowadziła ze swoich licznych podróży po świecie; na ścianach wisiały różnorakie zdjęcia oprawione w ramki, regały umieszczone nad wielkim kominkiem były pozapełniane różnej wielkości książkami, a z sufitu spływał piękny kryształowy żyrandol w kształcie księżyca, mieniący się kolorami w świetle lekko przytłumionych świateł pochodzących z lamp. Wszystko to dopełniał gwar wampirów siedzących w pomieszczeniu oraz zapach lawendy i krwi, którą przechowywano w nowoczesnej kuchni. Elegancja i przepych- te słowa idealnie mówiły o tym miejscu.
  Shy z prędkością światał obracała się wokół własnej osi, chłonąc piękno otoczenia jakby była w muzeum. Lucien śmiał się pod nosem,a Tommy nieustannie się jej przyglądał jakbyśmy byli w muzeum, a ona była najwspanialszym eksponatem jaki kiedykolwiek widział.
  Wszystkie wampiry w pomieszczeniu ucichły na widok nowej. Przez chwilę mierzyli ją zdziwionymi spojrzeniami, aż w ich oczach pojawiło się zrozumienie i po kolei każdy przychodził, aby się z nową przywitać. Pewnie widząc nas oraz Lucienia, pomyśleli że już została przyjęta do grupy. Widząc jednak surowe spojrzenie przywódcy, w oka mgnieniu w swoim tempie poszli do swoich pokoi, przez co cały pokój opustoszał. Przez chwilę nasłuchiwał czy aby ciekawscy nie pochowali się po kątach, jednak wyraźnie się rozluźnił i położył rękę na ramieniu Tommy'ego.
- Tommy, zaprowadź naszych gości do Richelle. Ja muszę przypilnować piskląt. Dostałem wiadomość, że znowu o mało nie dali się złapać przez policję.
  Tommy zamrugał ze zdziwienia.
- Przecież jesteś nam potrzebny. Richelle...
- Richelle jak coś, to się ze mną skonsultuje. Teraz wszystko zależy od panny Benson. Państwo Bernwell, panno Benson- ukłonił się niczym staroświecki dżentelmen i po chwili zniknął za kolejnymi wielkimi drzwiami na piętrze.
  Przez chwilę nie wiedzieliśmy co robić, aż Tommy klasnął w dłonie z uciechy ( zapewne z faktu, że spędzi więcej czasu z Benson) i posłał nam szeroki uśmiech.
- To co? Idziemy?

  Hej wszystkim! Jak widzicie, postanowiłam napisać jeszcze jedną część, a w zasadzie chyba będzie ich cztery, ponieważ raz: lubię urywać w decydujących momentach, a dwa: że są długie. Mam nadzieję, że to wam pasuje i rozdział wam się podoba.
  W ogóle czemu was tak mało? Widzę, że chodź wyświetleń przybywa to komentarzy zdecydowanie ubywa. Na początku to było 7 czy 6 komentarzy pod postem a teraz 2 góra 3. Czy ja coś robię nie tak? Nie wiem.
  W każdym razie mam do was pytanie. Szczerze to myślę nad założeniem kolejnego bloga, ale na razie się z tą decyzją wstrzymuje. Teraz jednak nie wiem czy kolejny FF tylko tym razem do Akademii Wampirów Richelle Made czy wreszcie własne opowiadanie. Myślałam także o blogu z opisami, ale z tego chyba zrezygnuję. W każdym razie co byście chętniej czytali: FF AW czy samodzielne opowiadanie? Piszcie w komentarzach.
  I chyba tego szablonu się nie doczekam. Złożyłam już kilka razy do szabloniarni i żadna nie przyjęła. Ktoś z was umie zrobić szablon? Jeżeli tak to proszę napiszcie w komentarzach.
  I jeszcze dwie sprawy ( pewnie was zanudzę). Po pierwsze: czy chcecie, aby jako Shadow była Selena Gomez czy może Kaya Scodelario? I po drugie: myślałam o stworzeniu słownika demonów, gdyż widzicie, że tu coś niby w tym języku napisałam, choć to sobie zupełnie wymyśliłam. Co wy na to?
  W każdym razie to tyle. Mam nadzieję, że was nie zanudziłam. Zapraszam na bloga mojej przyjaciółki: http://thevampire-stories.blogspot.com/ i do następnej notki!

piątek, 14 lutego 2014

Demoniczne Walentynki- rozdział specjalny

Demoniczne Walentynki- rozdział specjalny
  Mieszkańcy Nowego Yorku nie wiedzą o wielu rzeczach dotyczących ich okolicy. W zasadzie nie znają żadnej z jego tajemnic. Dla nich to tylko kolejna metropolia, pełna różnorakich sklepów, naiwnych nastolatków szukających jakiejś taniej rozrywki czy rabusiów czyhających na pieniądze przypadkowych przechodniów. Nie domyślają się, że tuż obok nich przechodzi duch zmarłego taksówkarza, który ze smutkiem obserwuje śmiejące się pary, że w Central Parku małe wróżki ze skrzydłami mieniącymi się w kolorach tęczy obserwują małe dzieci zza drzew lub, że wilkołak przychodzi do czyjegoś domu, aby dostarczyć chińskie jedzenie i zarobić trochę pieniędzy. Jednak to nie jest najdziwniejsze w tym mieście.
  Tajemnica kryje się głęboko pod Nowym Yorkiem, w innym wymiarze, którego drzwi znajdują się pod ziemią, gdzie żaden zdrowy na umyśle człowiek nie postawił stopy. Mieszkają tam istoty rodem z najstraszniejszych horrorów i koszmarów, które wieczorami wychodzą ze swych kryjówek, aby się pożywić i straszyć ludzi. Podziemni- bo tak są oni nazywani nie wiedzą, co to strach czy przerażenie. Dzień jest ich nieprzyjacielem, a noc ich najukochańszą matką. I choć większość to są istoty bez serca, to jednak wszystko robią w granicach Prawa, ustanowionego przez przymierze z Nocnymi Łowcami, inaczej pomiędzy Światem Cieni i Światła rozpętałaby się wojna, której nikt nie chciał. Chodź demony były z natury wojownicze i okrutne to uważały, że wolą załatwiać swoje sprawy w spokoju niż cały czas być czujnym, bo jakieś nastoletnie Dziecko Nefilim chodzi z serafickim nożem w ręku i szuka guza. W końcu było wiadomo, że niezrównoważony Nefilim i zdenerwowany demon to bardzo złe połączenie, wręcz katastrofalne w skutkach.
  Ale nie o tym chcę wam opowiadać. Kilka tysięcy lat temu Podziemni zdecydowali, że tak jak Przyziemni będą obchodzić Walentynki, ale na swój unikalny sposób. W końcu Podziemia mają być uważane za siedzibę postaci rodem z horrorów, a nie ich karykaturę! Dlatego też wprowadzili oni swoje własne tradycje do dnia Świętego Walentego i zawsze ten czas obchodzą we właściwy sobie sposób. Ich wieloletni sposób świętowania tego dnia jest przekazywany z pokolenia na pokolenie, dlatego też co roku jest tak samo. Jedyne co dodają to różnego rodzaju zabawy, typu: ,, Wyścigi różowych piekielnych psów'' czy quizy typu: ,, Ile wiesz o nasze tradycji''. Święto to jest dla nich bardzo ważne, a zwłaszcza dla młodych, którzy wchodzą w okres dojrzewania i zaczynają szukać tej drugiej połówki.
  Okej, ale powinnam też opowiedzieć jak to wszystko wygląda. Zamiast symbolicznego różowego koloru, na różnego rodzaju domach są wieszane krwistoczerwone flagi, spływające z dachów niczym czerwony wodospad; zamiast zwykłych małych serduszek mamy rzeźbę jednego wielkiego serca ze skrzydłami upadłego anioła i lekko szyderczym uśmiechem na twarzy jak w Halloween, zrobione z najbardziej gorzkiej czekolady jaka powstała. W powietrzu unosi się zapach świeżo ściętych szkarłatnych róż, którymi udekorowany jest każdy nasz sklep. Małe demony, wampiry, wilkołaki, lisołaki oraz inne dzieci istot różnego pokroju, ubrane w czerwono-czarne szaty biegają po kamiennych ulicach, krzycząc: ,, Demonicznych Walentynek!'' i śmiejąc się wniebogłosy z twarzami skierowanymi w stronę pomarańczowego nieba, na którym nigdy nie pojawiały się gwiazdy, a jedynie ciemnoszary księżyc i bladoróżowe słońce, zmieniające wszystko na barwę soczystej czerwieni.
  Tak, to było bardzo w naszym stylu. Poza tym było też parę innych zmian. Kartki walentynkowe były ozdabiane nie amorami czy sercami, ale np. szkarłatnymi skrzydłami upadłego anioła z napisem: ,, Dla mojej demonicznej walentynki'', a w nich nie tylko pisaliśmy o tym, że ktoś się nam podoba, ale co się w tej osobie nam nie podoba i co chcielibyśmy, aby w sobie zmieniła. Jednak nikt nie brał sobie tych uwag do serca, a jedynie się śmiał jak z dobrego dowcipu.
  Oczywiście wszyscy dawali sobie wyłącznie powiędłe różyczki, które symbolizowały starzejącą się miłość, co według wielu było romantyczne. A dlaczego? Bo według naszego przesądu oznaczało to, że chce się z tą osobą zostać do końca swojej egzystencji. Trzeba przyznać, że nawet romantycznie, prawda?
  Ale na koniec warto by było wspomnieć także o różnych konkursach w których do wygrania była masa nagród takich jak wycieczka do najstraszniejszych miejsc w Podziemiach itp. A jakie to były konkursy? Takie jak np. kto wytrzyma dłużej w ramionach Wielkiej Berty, która miała najwięcej siły ze wszystkich Podziemnych i kąpała się jedynie raz na rok albo kto dostanie najwięcej całusów w ciągu minuty. Może to trochę dziwne konkursy, ale w końcu sam fakt, że tacy jak my istniejemy to jest dziwactwo.
  I to chyba byłoby na tyle, jeżeli chodzi o nasze walentynki. Mieszkańcy Podziemia was żegnają i ,, demonicznych'', a raczej wesołych walentynek życzy Shadow Bernwell!

Ps: Chodź nie lubię walentynek i ich nie obchodzę, to czemu nie mogłabym napisać czegoś o nich, prawda? Zwłaszcza, że dawno nic nie dodałam. Mam nadzieję, że się wam podoba. Do następnej notki, kochani i wesołych walentynek!
  

Obserwatorzy