sobota, 18 stycznia 2014

Rozdział XXIV- Ludzie z przeszłości

XXIV- Ludzie z przeszłości
- Hallo?- powiedziałam, wchodząc do przedpokoju w domu Herolande'ów.
  Widocznie nikogo nie było, bo odpowiedziała mi jedynie cisza. Zwykle drzwi otwierała mi ciotka Clary, cała upaćkana farbą czy pastelami lub wujek Jace, jednak teraz nikt mi nie wyszedł na powitanie, a drzwi były przecież otwarte. Ktoś się włamał czy co?
  Jednak po chwili ze schodów dosłownie spadł Duci, który na swoje szczęście zdążył uczepić się pazurami schodów, dzięki czemu zamortyzował swój upadek. Przez chwilkę oblizywał swoje łapki, a potem spojrzał w moją stronę, miauknął i w swoim ,, królewskim'' stylu machnął ogonem i odwrócił się, wywijając ogonem jak zmiotką do kurzu, co miało pewnie znaczyć coś w stylu: ,, Nie warto zwracać na ciebie uwagi''. Tak wywijał swoim kuprem, że o mało nie uderzył nim o stoliczek, czym wywołał na mojej twarzy uśmiech. Aż korciło, żeby tego kocura kopnąć.
  Były jednak dwa powody, dla których tego nie zrobiłam. Musiałabym zainwestować w jego wizytę u weterynarza, a poza tym moja przyjaciółka właśnie schodziła po schodach, więc wolałam jej się nie narażać. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ta dziewczyna tak się przywiązała do tego kocura. Na jej miejscu oddałabym go w ciągu tygodnia!
  Chyba właśnie się relaksowała na swój sposób( czyli przez malowanie), ponieważ koszulę miała poplamioną farbami akrylowymi, a z długiego warkocza wymykały się pojedyncze kosmyki, dodające Ave uroku. Zawsze jej zazdrościłam jej wyglądu- nie była tak drobna jak ciotka Clary, ale jednak miała to coś co sprawiało, że serca największych twardzieli miękły na jej widok i miała w sobie tą kobiecość, dzięki której zawsze wyglądała wdzięcznie i elegancko. Ja niestety byłam typem dziewczyny, która w pewnych sytuacjach wygląda bardziej na chłopaka niż dziewczynę, a poza tym często zwracano na mnie uwagę bardziej niż bym sobie tego życzyła. Mama kiedyś mi powiedziała, że to mamy po prostu w genach i nie da się uniknąć tego, że wyróżniamy się z otoczenia. Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby nie to dziwne uczucie, jakby wszyscy przewiercali cię wzrokiem. To było czasami wręcz irytujące.
  Avalon uśmiechnęła się do mnie i kiwnęła ręką w stronę obitej skórą kanapy. Kiedy już zajęłam miejsce, zniknęła za drzwiami prowadzącymi do kuchni i tak przez kilka minut siedziałam na miejscu, ze znudzeniem wpatrując się w Duciego, który widać bardzo chciał się popisać i położył się na dywanie, przeraźliwie miaucząc niczym syrena. Z trudem powstrzymałam się od wyrzucenia tego kota za drzwi.
  Po chwili moja przyjaciółka przyszła do mnie, trzymając w rękach filiżanki z parującą herbatą i usiadła obok mnie, uważając jednocześnie, aby nie wylać na siebie napoju.  
- Jak się czujesz?- spytała troskliwie, przygładzając swoje miedziane kosmyki.
  Wzruszyłam ramionami.
- Szczerze to wypompowana. Rodzice strasznie się wkurzyli za historię z Shy, zwłaszcza tata. Powiedział, że jesteśmy zbyt niedoświadczeni, aby dyskutować z nowicjuszem, więc dzisiaj ze mną i Trey'em idzie odprowadzić ją do Richelle.- wzdrygnęłam się na jej wspomnienie. 
  Nie chodziło o to, że słynna Richelle Chardwick była moim wrogiem czy coś. Po prostu zawsze budziła we mnie coś w rodzaju szacunku, ale jednocześnie przerażenia. Umiała być zdystansowana, niezwykle łagodna i uczciwa, ale w jednej chwili potrafiła się także zmienić w krwiożerczą bestię, pilnującą swojego terytorium za wszelką cenę. Nie była jej obca przemoc czy walka o władzę. Podobno już w wieku osiemnastu lat zarządzała klanem wampirów w naszym mieście i już po kilku dniach od objęcia stanowiska przywódczyni z łatwością pokonała syna Raphaela Santiago- Mathiasa. Ta historia była jedną z tych opowieści, o których obowiązkowo mówi się przy ognisku w gronie swoich pobratymców. Nie byłaby to taka sensacja, gdyby nie dobrze znany fakt, że nowicjusze często w pierwszym roku od przemiany nie myślą racjonalnie i wszystko przyporządkowują piciu krwi. Richelle jednak wyróżniła się spośród swoich i między innymi dlatego wszyscy żywili do niej wielki szacunek, a zwłaszcza w społeczeństwie Nocnych Dzieci. 
  Bałam się, co powie na naszą przyjaciółkę. Niecodziennie wampirem zostaje człowiek, zwłaszcza tak młody. W przeciwnym razie już dawno rozpętałaby się wojna, czego na razie wszyscy chcą uniknąć. Poza tym wampirzyca z pewnością będzie chciała dociec kto zmienił naszą kumpelę w Nocne Dziecko. To był jej obowiązek jako przywódcy i jednej z niewielu ważnych osobistości w wampirzym świecie.
  Tak, ta noc miała zadecydować o dalszym losie naszej wampirki. Niemal ściskało mnie serce na myśl, że Shy zostanie pozostawiona na pastwę losu. Jeżeli Richelle jej nie przyjmie, inne klany także tego nie zrobią, bo nie będą chciały niewygodnego członka w swojej grupie. Shy była zbyt niedoświadczona, aby swobodnie poruszać się w starej społeczności wampirów, a jeżeli trafi na niezbyt miłych kompanów, wtedy jej los będzie przesądzony.
- Szczerze to się tego wszystkiego boję- przyznałam, wpatrując się w swój kubek.- To wszystko... eh, to mnie przerasta.
- Shadow Bernwell niczego się nie boi, prawda?- trąciła mnie delikatnie ramieniem.
  Mimowolnie się uśmiechnęłam.
- Każdy się czegoś boi, nawet ja.
- A co z Travisem i Alexem?- spytała. 
  Właśnie wzięłam wielki łyk herbaty i prawie się nim zakrztusiłam. To nie był temat, który chciałabym poruszać. Tak właściwie to nie chciałam nic o tym mówić, ale znałam Ave. Jeżeli miałam jakiś problem, nie odpuszczała mi i chciała mi pomóc, bez względu na to czy mi się to podoba czy nie.  
  Ze znużeniem przejechałam dłonią po rozpuszczonych włosach, patrząc na Ave w nadziei, że mi nie odpuści. Ona jednak tylko czekała na rewelacje, co raczej miało oznaczać, że się nie wymigam od odpowiedzi. Zostałam przyparta do muru.
- Nie wiem co ma z nimi być.- przyznałam, uparcie nie patrząc jej w oczy. Nie lubiłam się przyznawać do tego typu spraw, dlatego też ciężko było mi o tym mówić, nawet Avalon.- Ja... lubię ich. Znaczy Alexa średnio. Może i jest intrygujący, ale coś mi w nim się nie podoba. A Travis jest moim kumplem i wszyscy o tym wiedzą.
  Ave uderzyła się ręką w czoło, jakbym nie wiedziała najbardziej oczywistej rzeczy na świecie.
- Uh, dziewczyno! Wszyscy też wiedzą, że Travis Versill kocha się w tobie od przedszkola. Co z tego, że się biliście? Tak się okazywało kiedyś miłość, a teraz się chłopak stara. Nie widzisz jak się zmienił? Zwłaszcza po całej sytuacji z S.J-em? Nie jest tym samym małym chłopcem, którego główna zabawa nazywała się: ,, Kto pierwszy wyrwie Betsy Payce''. On wydoroślał, Shade i wszyscy to widzą. Wszyscy poza tobą. Ty nadal go widzisz jako tego Casanovę, nie możesz mu dać szansy? Wiem, wiem- dodała, przerywając moje protesty.- S.J złamał ci serce, pociął je na małe kawałeczki, ale świat nie kończy się na jednym facecie! Samuel i Travis to są dwie różne osoby, nie porównuj każdego do Collinsa. Daj Travisowi szansę. Daj sobie szansę.
- Wiesz, że teraz brzmisz jak te dziewczyny z komedii romantycznych?
- Shade!
- Wiem, wiem.- mruknęłam.- Owszem, zgadzam się, że Travis jest świetnym facetem..., ale nie o to teraz chodzi! Musimy się skupić na Shy, a nie na moich problemach sercowych!
  Avalon cmoknęła z dezaprobatą.
- Myślisz, że dla mnie sprawa Shy nie jest ważna? W końcu to nasza kumpela! Jednak wiedzieliśmy już na początku naszej znajomości, że mogą wyjść z tego kłopoty. A poza tym ty w ogóle o siebie nie dbasz. Niedługo jest bal, a ty nie masz partnera, a masz do wyboru dwóch... jednego- poprawiła się po namyśle- wspaniałego faceta i drugiego dziwnego, aczkolwiek nie niedostępnego. Obiecaj mi, że po dzisiejszej rozmowie z Richelle zajmiesz się swoimi chłopcami!
- Obiecuję- mruknęłam, chociaż w duchu drżałam na samą myśl o rozmowie z Travisem o balu.
  Nie to, że mi się Trav nie podobał. Był przystojny, mądry, wysportowany i lekko zadziorny, jednak nie czułam do niego nic głębszego. Lubiłam go, należał do mojego świata i byliśmy ulepieni z tej samej gliny, jednak nigdy mi do głowy nawet nie przyszło, aby z nim chodzić. Owszem, ludzie często się nas pytali czy aby nie jesteśmy razem, jednak zawsze traktowałam go jak brata. Avalon miała rację: zmienił się i to doceniałam, jednak czy to wystarczy, aby się w nim zakochać? 
  A jeżeli chodziło o Alexa to było coś zupełnie innego. Był pociągający, przystojny i niezwykle arogancki niczym dziecko jakiegoś nadzianego biznesmena, jednak jego tajemnica nie dawała mi spokoju, zwłaszcza od czasu tej bransoletki, która leży w specjalnym pudełku w moim pokoju. Coś mnie w nim odpychało i jednocześnie przyciągało, co mnie bardzo niepokoiło. Od czasu naszego ,, prawie'' pocałunku mam się na baczności, ponieważ moja intuicja mi mówi, że on chce odkryć moje sekrety. Niby dlaczego podczas, gdy się do mnie zbliżał, pytał się o moje sekrety? Myślał, że mu ulegnę? O nie.
  Avalon w sumie miała rację. Nie żyłam już życiem normalnej nastolatki. Nie chodziłam często na zakupy, nie śmiałam się z moimi normalnymi koleżankami i kolegami, ostatnio nie przychodzę do szkoły przez co pewnie teraz jestem głównym tematem plotek w szkole i krótko mówiąc: nie zachowuję się jak każda dziewczyna w moim wieku. Chyba naprawdę po tym dniu będę musiała to zmienić. Nie mogę żyć tylko życiem Nocnej Łowczyni. To nie jestem ja. Jestem jedynie kolejną zwariowaną nastolatką, która ma w sobie coś... dziwnego, ale każdy ma swoje dziwactwa, prawda?
  Miałam właśnie coś powiedzieć, kiedy Duci podskoczył na dźwięk dzwonka. Ktoś przyszedł. Może to państwo Herolande? Ale oni mają wrócić za dwie godziny! Więc kto przyszedł?
  Avalon w milczeniu odstawiła kubek i poszła do przedpokoju. Rozległ się odgłos otwieranych drzwi i czyjeś ciche pytanie. Nie ruszyłabym się z miejsca, gdyby nie cichy krzyk Shy. Odstawiłam herbatę i zerwałam się tak szybko z kanapy, że znowu przestraszyłam tego kocura i wpadłam do przedpokoju.
  Stanęłam wyprostowana jak struna. Przy drzwiach stała piękna, wysoka, ciemnowłosa dziewczyna o szarych jak popiół oczach i figurze supermodelki, ubrana w zwiewną czerwoną sukienkę, odsłaniającą jej nagie ramiona. Jej oczy dokładnie obejrzały pokój, a krwistoczerwone usta rozciągnęły się w złośliwym uśmiechu od którego zawsze dostawałam dreszczy. 
  No super. O to i córka ciotki Isabelle, moja przyszywana kuzynka Selina.  


  Wiem, rozdział mi nie wyszedł. Wierzcie mi, że się starałam go super napisać, ale pomysłu zbytnio nie miałam. No cóż, chyba każdy kto pisze ma taką chwilę, że nie ma pomysłów, prawda?
  Tak jak wspomniałam w jednym komentarzu, czeka was niespodzianka, której jak na razie nie zdradzę. Poza tym w następnym rozdziale chcę wprowadzić retrospekcję, jednak muszę mieć pomysł. Trzymajcie kciuki.
  I jeszcze jedna sprawa. Jeżeli macie swoje ulubione piosenki, jakieś swoje prace plastyczne lub wiersze czy opisy, to piszcie pod komentarzami, że macie, a ja wam podam email, na który macie je wysyłać. Tak jak widzicie pojawił się pamiętnik Shadow jednak jest on niekompletny, a fajnie by było, gdybyście dali także coś od siebie. Co wy na to? Jeżeli macie coś swojego, co chcielibyście w tej zakładce umieścić, piszcie w komentarzach i podam wam mój email.
  W każdym razie dziękuję za uwagę, miłych ferii dla niektórych i miłego czytania!

   
  



  

   

sobota, 4 stycznia 2014

Rozdział XXIII- Czy już mówiłam, że życie jest wkurzające?

Rozdział XXIII- Czy już mówiłam, że życie jest wkurzające?
  Nikt nie mógł uwierzyć własnym oczom. Wszyscy patrzyliśmy się prosto w zawstydzoną Shy, która nie była przerażona czy zdziwiona naszym widokiem ( a grupa nastolatków uzbrojona w noże i dziewczyna niosąca czerwoną kulę ognia to raczej nie jest codzienny widok) tylko zakłopotana, jakbyśmy ją przyłapali w trakcie jakiejś wstydliwej sytuacji. To było jeszcze gorsze niż gdyby rzuciła się na nas z tym charakterystycznym dla wampirów błyskiem czerwieni w oczach. Czułam się tak, jakby ktoś usunął mi grunt spod nóg. Moja kochana Shy, jedna z niewielu normalnych osób w moim życiu, stała się częścią mojego świata i to w najgorszym wydaniu jakie mogło się trafić. Już wolałabym ją jako wilkołaka, czarownicę czy cokolwiek innego, ale nie wampira! Oni byli skazani na życie w ciemności, wieczne ukrywanie się. W przeciwieństwie do wielu z nas, łatwo było rozpoznać ,, nowicjuszy'' jak nazywaliśmy nowych członków naszej społeczności, więc jakim cudem Shy miała ukryć przed swoją rodziną fakt, że jest krwiożerczą bestią?! Shy nie mogła być wampirem!
  Ale była, a cofnięcie przemiany było niemożliwe. 
  Przez chwilę przyglądała nam się z ciekawością, jakbyśmy to my byli inni, a nie ona. W końcu jednym niemal niewidocznym susem, podeszła do nas z uśmiechem na twarzy, aż odskoczyliśmy razem niczym jeden organizm. Nie byliśmy tchórzliwi, ale nie chcieliśmy jej zrobić krzywdy. A poza tym nowo narodzony wampir był znacznie silniejszy od starszego. Mógłby spalić miasto wielkości Denver dla zabawy i nikt by się nie zorientował, kto to zrobił.
  Jej uśmiech zmienił się w grymas. Wyglądała na urażoną i zranioną naszym zachowaniem, ale co mieliśmy zrobić?! Ona nie wie kim jest?
- To ja, przecież.- powiedziała swoim głosem. Tylko to w niej zostało ze starego wyglądu niedoskonałej Shy Benson.- Nie bójcie się mnie. Nic wam nie zrobię.
- Niby czemu mamy ci uwierzyć?- spytał Travis.
- Co zrobiłaś mojej Bo?!- krzyknął Jake i nic nie mówiąc opuścił krąg i podbiegł do Bonnie.
  Nadal była chorobliwie blada po utracie krwi, ale na szczęście oddychała. Wszyscy chyba odetchnęliśmy z ulgą, ponieważ nie od dziś było nam wiadomo, że nowo narodzeni swoje pierwsze ofiary często zabijają wyssaniem całej krwi. Świadomość, że Bonnie mógł czekać taki los sprawiła, że dostałam gęsiej skórki, a dreszcze przebiegły po moich plecach.
  Jake mimo braku naszej ochrony, uniósł delikatnie dziewczynę i ułożył w swoich ramionach jak małe dziecko, nie przestając coś szeptać jej do ucha. Po chwili Lea zdołała się także otrząsnąć z szoku i nie przestając obserwować Shy, podeszła do mojego kuzyna i pomogła mu ułożyć tak Bonnie w jego ramionach, pewnie aby Jacob dał radę ją stąd wynieść i zabrać do Callagana. Może i Shy nie wypiła całej krwi, ale raczej nikt nie chciał ryzykować, że zechce się jeszcze pożywić. Poza tym wycieńczonym wampirem będzie łatwiej się zająć, a musieliśmy ją jakoś ukryć.
- Jake, Lea- powiedziałam, trzymając w pogotowiu moją ,, broń''.- Zabierzcie ją do Callagana. Wymyślcie coś, nie możemy mu powiedzieć na razie o Shy. Jej wygląd i zachowanie jest zbyt dziwne.
- Ale gdzie ją ukryjemy?- spytała cicho Avalon.
- Hej, ja tu jestem!- krzyknęła, wyraźnie zirytowana i splotła ręce na piersi w starym stylu ,, zwykłej Shy'', co trochę dodało mi otuchy. Nie mogła się zmienić aż tak, prawda? 
  Wiedziałam jednak, że w takiej pozie raczej nie wyglądamy na chętnych do dyskusji, więc przybliżyłam się do wampirzycy, nie spuszczając jej z oczu ani na sekundę. Travis chciał mnie chwycić za ramię, ale wystarczyło mu spojrzenie w moje oczy, aby wiedzieć, że nie chcę jego pomocy, więc dał sobie spokój. Znał mnie na tyle, aby wiedzieć, że nie lubię litości.
- Shy- odezwałam się łagodnie, choć wszystko we mnie krzyczało: ,, Kłopoty!"'.- Ty... nie jesteś normalna. Jesteś wampirem, w dodatku nowicjuszem. Z łatwością ludzie cię rozpoznają.
- Ale przecież wy też nimi jesteście- uniosła brwi.
  No tak, musiało do tego dojść. Bo niby skąd grupka nastolatków wie tyle o wampirach? Na pewno nie z filmów czy książek.
- My...- zamyśliłam się, szukając odpowiednich słów, aby jej nie rozzłościć.- jesteśmy ludźmi, ale nie do końca. Ja wraz z całą moją paczką, poza Avalon. Ona jest z innego,, gatunku''- Okej, może to nie wyszło za dobrze, ale jakoś. 
  Shy przez chwilę nam się przyglądała w zamyśleniu, kiedy to w ciągu jednej sekundy przytulała się do mnie z uśmiechem wymalowanym na jej pięknej, a jednocześnie upiornej twarzy, jak gdyby nigdy nic. Mimowolnie zadrżałam, kiedy poczułam jaka jest lodowata, jednak nie odepchnęłam jej. Nie chciałam. Była nowa w naszym świecie i musieliśmy się z tym pogodzić. 
- Musimy cię ukryć.- mruknęłam.- Nie zostawimy cię tu.
- Możecie ją zabrać do mnie.- odezwał się Travis. Wszyscy wbili w niego zdziwione spojrzenia, bo stary Travis Versill w życiu nie zaprosiłby człowieka czy wampira do swojej rezydencji z uwagi na drogie sprzęty, które się w niej znajdywały. Jednak nie przejmował się tym, tylko odrobinkę się rozluźnił i podszedł do nas wolnym krokiem.
- Mieszkam z daleka od ludzi, mój tata pewnie ma zapas krwi, bo często mamy gości z Włoch i będzie miała całodobową opiekę. Niania Jose nie będzie miała nic przeciwko opiekowaniu się wampirkiem. Znosiła gorsze rzeczy.
- Na przykład ciebie?- Meg nie mogła się powstrzymać od kąśliwej uwagi.
  Travis obdarował ją uśmiechem i chwycił Shy za wolną dłoń, jakby byli starymi przyjaciółmi.
- Chodź, moja droga. Czas cię zabrać z tej dziczy.


  Shy z niedowierzaniem rozglądała się po sypialni mojego kumpla. Widocznie była wampirem od kilku godzin, a nie dni, bo dla nas to wszystko to był przeżytek. Ściany były umalowane na ciemny brąz, zmieniający swoją barwę o odcień jaśniejszą, kiedy padało na nią słońce, z sufitu ,,spływały'' lampy w kształcie różnych esów-floresów, a podłoga oraz meble były zrobione z wiśniowego drewna. Na ścianach wisiały zdjęcia rodzinne oraz klasowe z których uśmiechaliśmy się głupkowato ( do liceum byliśmy w tych samych szkołach i klasach), biurko było ledwo dostrzegalne pod masą papierów zakrywającą blat, półki pękały w szwach od ilości książek o magicznych i niemagicznych rzeczach, a na łóżku leżały słuchawki i książka ,,Ciepłe ciała'' Isaaca Mariona. Jednak nie to zwróciło uwagę Shy, a po pierwsze: rośliny hodowane przez panią Versill, które były zwykle krzyżówkami takich roślin jak muchołówka i fiołki, a drugie to mięciutki przyjaciel Travisa, grzecznie siedzący na swoim posłaniu i obserwujący nas swoimi błyszczącymi oczami.
  Była to wilczyca polarna, wabiąca się Lynet, co po norwesku oznaczało piorun. Miała mlecznobiałą sierść oraz czarne jak węgiel oczy, jednak była to bardziej demoniczna wersja wilka polarnego. Była trochę większa od swojego Przyziemnego kuzyna, bardziej inteligentna niż jakikolwiek Przyziemny pies, a w dodatku: dużo bardziej niebezpieczna. Potrafiła ona ze słodziutkiego pieska, zmienić się w bezlitosną bestię, broniącą swojego terytorium, a trzymanie tego rodzaju zwierząt w domu było trochę ryzykowne, jednak pożyteczne. Każdy złodziej wiał, kiedy widział takie stworzenie, bo jak się nie przerazić wielkiego psa o kłach ostrych jak brzytwa, prawda?
  Cały czas nas obserwowała ze swojego miejsca podczas, dopóki Travis nie wyszedł po gorącą czekoladę i krew dla Shy. Wtedy opuściła swoje posłanie i z ciekawością wskoczyła na łóżko tuż obok mnie i mojej wampirzej kumpeli. Shy odrobinę się zlękła i wtuliła się we mnie niczym mały miś koala, ponieważ miała traumę związaną z psami i panicznie się ich bała. Ja jednak postanowiłam, że pokażę jej urok tego psiaka i pogłaskałam go po łepku. Lynet szczeknęła i usadowiła się na moich kolanach, trącając jednocześnie Shy pyszczkiem, jakby mówiła: ,, Hej, co ci jest?''. 
- Nie bój się, Shy.- powiedziałam, głaszcząc zadowoloną z siebie Lyn.- Lynet nic ci nie zrobi, jeżeli ty nic nie zrobisz nam. To bardzo mądry psiak, co nie?- poklepałam pieska po głowie, a on wysunął język do przodu i zaczął machać ogonem jak wahadełkiem.
  Przez chwilę wampirzyca mierzyła zwierzę wzrokiem, aż delikatnie i ostrożnie wyciągnęła do niego dłoń. Nie odskoczyła, kiedy Lyn zaczęła ją obwąchiwać, aż w końcu polizała ją po ręce i położyła łapy na jej kolanach w geście zaufania. 
- Polubiła cię.- Travis stanął w drzwiach z kubkami w jednym ręku, a w drugim z butelką, zapewne dla Shy i uśmiechnął się do niej.- Lynet nie jest strasznym psiakiem, choć jest inna niż zwyczajne psy. Jak ci kładzie łapy na kolanach to znaczy, że ci ufa i nic ci nie zrobi. Potrafi wyczuć kto jest przyjacielem, a kto wrogiem.
- Wychodzi na to, że jest bardziej inteligenta od ciebie.- mruknęłam.
  Usłyszał jednak i posłał mi szelmowski uśmiech od którego żywiej zabiło mi serce. 
  Chwila, co?! Miałam ochotę uderzyć głową w ścianę. Nie. Nie ma mowy. Nie zabujam się w Travisie, co to to nie! Jak na razie mam dość chłopców! Czemu ja mam taki porąbany gust?! Najpierw kłamliwy i zarozumiały przyjaciel, potem arogancki i zbyt pewny siebie blondynek, a teraz mój kolega z dzieciństwa z którym potrafiłam się pokłócić nawet o to, kto pierwszy dostanie kubek czekolady na stołówce! Po prostu mam super szczęście do chłopców, nie ma co.
  Nawet nie zauważyłam, że ścisnęłam rękę trzymającą łeb Lynet, przez co zaczęła piszczeć niczym mały szczeniaczek. Szybko zabrałam rękę od pieska i oddaliłam się jak najdalej ( nie miałam ochoty na bilet w jedną stronę na ostry dyżur), czym wywołałam u moich przyjaciół uśmiech, bo Lyn wyraźnie się na mnie nie obraziła, a znowu usadowiła się na moich kolanach i trąciła mnie pyszczkiem. Zaśmiałam się lekko i wróciłam do głaskania suczki. Kochałam psy prawie każdej rasy ( poza buldogami, brr), a głaszcząc Lyn uspokajałam się i mogłam teraz przemyśleć co dalej.
  A było o czym myśleć. Shy nie mogła wiecznie ukrywać się w domu Versillów, a była zbyt niedoświadczona, aby sama polować. Nie mogła też przebywać w sąsiedztwie ludzi, bo nie wiedzieliśmy jak bardzo potrafi się kontrolować, a nie chcieliśmy żadnych ofiar. 
- Shade, nie myśl bez nas- głos Travisa skutecznie wyrwał mnie z rozmyślań.
  Z roztargnieniem wzięłam od niego kubek gorącej czekolady i posłałam wszystkim blady uśmiech.
- Przepraszam, ale musimy coś wymyślić i to szybko. Shy nie będzie mogła tu wiecznie siedzieć. 
- W zasadzie może- powiedział i usadowił się wygodnie w skórzanym fotelu.- Moi rodzice nie mają nic przeciwko temu. Wiedzą, że nowicjusze stanowią niemały problem.
- Ale kim wy jesteście?- spytała Shy.- Mieliście mi powiedzieć.
  Ah, no tak. Szczerze to nie chciało mi się o tym mówić, więc zrobiła to Meg, która z serdecznym uśmiechem zaczęła opowiadać od początku naszą historię oraz to, że znamy się praktycznie od małego i tak dalej. Po jakiś pięciu minutach, kiedy to do końca już wypiłam swoją porcję napoju, skończyła mówić i czekaliśmy na reakcję Shy. Dziewczyna przez chwilę myślała nad czymś, aż w końcu westchnęła i wzruszyła ramionami, jak gdyby nigdy nic.
- Wiedziałam, że jesteście inni. Wszyscy to wiedzieli, bo na swój sposób się wyróżnialiście, jednak nigdy nie myślałam...wow, nigdy nie myślałam, że jesteście aż tak pokręceni.
- Bywa- powiedzieliśmy chórem, po czym wybuchliśmy śmiechem. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Baliśmy się, że w jakiś sposób ją przerazimy czy coś, a ona jak gdyby nigdy nic stwierdza fakty i tyle.
- Hej, hej!- Trey krzyknął, aby zwrócić na nas swoją uwagę.- Musimy pomyśleć co zrobić. Nie możemy powiedzieć, że ona nie żyje ani powiedzieć, że jednak jest cała, a nie w kawałkach. 
- To prawda- zgodziła się Avalon.- Wybacz kochana, ale nie możemy cię stąd na razie wypuścić. Musisz wpierw nauczyć się nad sobą panować.  
- A może tak poprosić o pomoc Richelle?- zabrał głos Cam.- Przecież przewodzi klanowi z Lincoln Square od dawna i może nam pomóc. Kto nie zna się lepiej na wampirach niż przywódczyni klanu, prawda?
- Richelle mnie przeraża, ale Cam ma rację.- przyznałam, przypominając sobie sylwetkę zdystansowanej wampirzycy, gotowej walczyć o swoje terytorium niczym lwica. Ta wampirzyca broniła swoich, choćby za cenę własnego życia. W przeciwieństwie do Camille Belcourt znała umiar i nie była bezlitosna dla każdego, kto się jej napatoczył.- Ale wiecie, że będzie chciała być może przyjąć Shy do klanu?
- Według prawa, Shy może sama decydować czy chce do nich należeć.- przypomniał Trey.- Nie jest to przymusowe, jednak my nie jesteśmy wampirami, a Richelle wbrew pozorom nie jest bez serca. Nie odmówi jej pomocy.
- A twój tata albo ty?- spytał Travis Camerona.
  Ten tylko pokręcił głową.
- Nie pomoże jej, choćby bardzo chciał. Nie wie jak to jest być nowicjuszem, bo był wampirem od urodzenia. A jeżeli chodzi o mnie, to w przeciwieństwie do reszty nie mam takiej chętki na krew. Nie jest mi ona strasznie potrzebna do życia wystarczy, że się pożywię trzy razy na miesiąc i to wystarczy. Krew ludzka nie jest mi potrzebna tak jak innym. 
- Więc jutro idziemy na Lincoln Square?- zgadła Ave.
  Wszyscy pokiwaliśmy głowami. Richelle była jedyną nadzieją na to, że Shy odzyska częściowo swoje normalne życie. Była bardzo stara, więc miała sporo doświadczenia i wiedziała jak podejść do nowicjusza. Shy nie musiała dołączać do jej klanu, później będzie mogła sama zdecydować co zrobi. Na razie to my pełnimy rolę jej opiekunów. I musimy sobie z tym poradzić.
  Coś czuję, że jutro czeka nas pracowity dzień.


  Nie ma co, wyszedł mi długo rozdział. Miałam pomysł, więc pomyślałam- czemu by nie napisać, prawda? Mam do was również małą prośbę. Z racji, że tworzę zakładkę ,, Pamiętnik Shadow'' może macie swoje jakieś prace? Pracę Natalx( a teraz LifeisBrutal), mam nadal, ale czekam także na inne, gdyż chcę je dodać to tej zakładki, a nie chciałam wszystkiego brać z google grafika. W każdym razie: jeżeli macie jakieś prace plastyczne, wiersze lub nawet jakieś fajne piosenki jako propozycje, to napiszcie je tutaj. Jeżeli chodzi o prace, to na piszcie, że chcecie, a ja w odpowiedzi napiszę wam mój email, na który mi wszystko prześlecie.
  W każdym razie dziękuję za uwagę, mam nadzieję, że rozdział wam się podoba, nie wyszedł mi za długi i do następnej notki!
     




   
  
  

Obserwatorzy