piątek, 15 listopada 2013

Rozdział XIX- Szczerość boli, ale kłamstwo potrafi zniszczyć

Rozdział XIX- Szczerość boli, ale kłamstwo potrafi zniszczyć
- Więc tak to postanowiłaś rozegrać- mruknęła mama, przeglądając się kremowej sukience, którą oglądała pod każdym kątem jakby była projektantem mody.
  Postanowiłam jej wszystko powiedzieć, bo w końcu na kim mogłam polegać bardziej niż na własnej matce? Poza tym, nie lubiłam mieć przed nią tajemnic i dobrze wiem, że w dziedzinie manipulacji potrafi być mistrzynią, choć jednocześnie nie przepada za używaniem tych zdolności. Zresztą ja też, ale wpływanie na kogoś w pewnych wypadkach było niezbędne, a wiadomo, że jeżeli ktoś ma jakąś istotną tajemnicę to sam z siebie jej nie wyjawi. I tak, wiem, jestem kolejną zimną lalunią. 
  Cieszyłam się z wyjścia na zakupy, ponieważ dawno tego nie robiłam. Po imprezie Ave nie miałam czasu, aby skoczyć do jakiegoś sklepu z ciuchami, a poza tym uwielbiałam tą atmosferę, która dawała mi pewną namiastkę normalności. Cały sklep był przystrojony wymyślnymi kolorowymi lampkami, wszędzie z obrazów uśmiechały się do mnie wysokie i smukłe super modelki, pomieszczenie rozbrzmiewało rozmowami kupujących, a wokół można było poczuć świece o zapachu jabłka i cynamonu, pomieszane z wonią perfum i świeżej odzieży, która schludnie złożona czekała na to, aż ktoś po nią sięgnie. To wszystko sprawiało, że mój świat na pewien czas stawał się normalny, a ja byłam kolejną marudną nastolatką, która chce szybko wydać swoje kieszonkowe.
  No, ale w rzeczywistości niestety nią nie byłam. Włóczyłam się za mamą po sklepie niczym duch, podczas gdy oglądała kolejne sukienki na mój bal, który ma się odbyć za dwa tygodnie, a że miałyśmy ten sam gust to nie musiałam jej mówić jaki styl preferuję. Sama to wiedziała, więc nie musiałam jej marudzić niczym rozkapryszone dziecko.  
- Wiesz, że to złe- powiedziała, oglądając kolejną wymyślną kreację.
- Co, co?- spytałam. Trochę się zamyśliłam.
  Mama posłała mi pobłażliwy uśmiech, jednocześnie szperając coś w regałach.
- To, że to co robisz z chłopcami jest złe. Nie rozumiem co masz do Travisa. To przecież miły chłopiec.
  Chyba w innym świecie, gdzie żyją jednorożce, a ja jestem słodziutką wróżką rodem z bajek dla dzieci. 
- Travis nie jest miły- powiedziałam spokojnie.
- Jest zabójczy, musisz przyznać.- puściła do mnie oczko, przez co parsknęłam śmiechem. Czasami kompletnie przypominała rozchichotaną nastolatkę- Przypomina mi mojego kolegę z liceum, Dereka. On także taki był: arogancki, przystojny i zbyt pewny siebie. Wszystkie dziewczyny na niego leciały, oczywiście poza mną, ponieważ moje serce było już zajęte przez twojego ojca- zaśmiała się łagodnie- Tylko wtedy byłam zbyt głupia, żeby o tym wiedzieć.
- Co się z nim stało?- zaciekawiłam się.
  Przez chwilkę nie odpowiadała i nagle wyjęła z półki śliczną sukienkę na ramiączka, która sięgała za kolano i była zrobiona z miękkiego jedwabiu, który pieścił skórę niczym najdelikatniejsze pióro. Połowa tej kreacji była w odcieniach niebieskiego, a druga w odcieniach beżu co idealnie pasowało do mojej kremowej cery. Była luźna i zwiewna, dzięki czemu mogłam sobie wyobrazić, że wyglądam w niej jak bogini grecka. Wprost nie mogłam od niej oderwać oczu. Była po prostu dla mnie idealna.
  Mama podała mi mój rozmiar i popchnęła mnie w stronę wolnej przebieralni, dając mi znak, że na razie koniec dyskusji. Co prawda miałam opory, ale nie mogłam się doczekać momentu, kiedy zobaczę jak w tej kiecce wyglądam, więc szybko zasłoniłam wejście grubą zasłoną i wciągnęłam na siebie swoją wymarzoną kreację, po czym wyszłam na wybieg, czując się jak super modelka. Zauważyłam jak niektóre dziewczyny z rocznika niżej przyglądają mi się w osłupieniu, pożądliwie patrząc na mój ciuch. Z ciekawości podeszłam do wielkiego lustra i obejrzałam się z każdej strony.
  Nie mogłam powstrzymać głupkowatego uśmiechu. Rzeczywiście przypominałam wcielenie greckiej bogini, która postanowiła odwiedzić ludzi we współczesnych czasach. Sukienka podkreślała moją szczupłą sylwetkę i długie nogi, skóra wydawała się być mlecznobiała, a włosy nabierały jeszcze ciemniejszej barwy niż zwykle, przez co wyglądałam niezwykle egzotycznie i elegancko. Gdybym jeszcze zrobiła coś z włosami i założyłabym jakieś szpilki to byłoby wspaniale...
- Wyglądasz ślicznie- mama podeszła do mnie od tyłu i uśmiechnęła się- Trey pewnie będzie musiał przyjść z bronią, aby cię ochronić przed tłumami nastoletnich chłopców. Twój partner także będzie zachwycony!
  Z mojej twarzy w jednym momencie zniknął uśmiech. Kompletnie zapomniałam o tym, że muszę przyjść z jakimś chłopakiem. Szczerze to nie wybierałam się na ten bal, ale Eve niemal siłą mnie zmusiła, abym poszła na tą imprezę. Twierdziła, że musimy zażyć trochę normalności, a poza tym to była okazja, aby odkryć kim jest Alex. Kamień od Cama nadal leżał w moim pokoju pod masą ubrań i czekał, aż go użyję, a skoro Resst chce zabawy to będzie ją miał. 
  Problem był jeden: nie miałam żadnego partnera! Z Alexem nie miałam ochoty iść, bo całego wieczoru w jego towarzystwie bym nie wytrzymała, Travis nie chodzi do naszej szkoły, a poza tym napawa mnie pewnego rodzaju przerażeniem, a S.J pewnie będzie chciał iść z tą swoją lalką, a ja nie będę druga opcją. O nie.
  Nawet nie zauważyłam, że po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Na twarzy mojej mamy pojawiło się przerażenie, bo w końcu zaczęłam płakać z niewiadomego powodu. Przyciągnęła mnie do siebie jak wtedy, gdy byłam mała i płakałam, że coś mi się nie udało i zaczęła głaskać po włosach.
- Kochanie, co się dzieje?- spytała spokojnie.
  Zawstydzona tym, że wszyscy pewnie teraz mi się przypatrują, otarłam łzy z oczu zmusiłam się do uśmiechu.
- Nic mamo. Zupełnie.


- Jak wam poszły zakupy?- Tata podniósł wzrok zza New York Timesa i uśmiechnął się ciepło.- Moje dziewczynki się obłowiły?
- Można tak powiedzieć- powiedziałam, bo mama wyglądała tak jakby bujała w obłokach. Wzrok miała nieobecny, a jej ruchy przypominały robota, który wykonuje przeznaczone dla niego czynności. Widać nadal próbowała odgadnąć co się stało, że zaczęłam płakać. Ciekawe tylko czy jej się to uda. Oby nie, bo inaczej spalę się ze wstydu. Ven na pewno by nie płakała z powodu chłopca, więc czemu ja mam to robić?
  W korytarzu rozległy się czyjeś kroki i po chwili zza framugi drzwi wychyliła się blond czupryna mojego brata, a potem reszta jego ciała. Poczułam ból w klatce piersiowej, kiedy zobaczyłam w jakim jest stanie. Nasza rasa szybko się regeneruje jednak nie sposób było nie zauważyć worków pod piwnymi oczami, w których zwykle można było zobaczyć wesołe błyski; jego włosy były w ostrym nieładzie przez co wyglądało to tak jakby miał na głowie ptasie gniazdo, a na twarzy malowało się zmęczenie tak wielkie, że niemal serce mnie bolało. Trey był zwykle pełen energii i zapału niczym dobrze naoliwiona maszyna, ale w tym momencie przypominał mi chodzącego trupa. Gdyby nie ten krzywy uśmieszek, nie uwierzyłabym że to mój brat, który codziennie robi mi kawały i zmusza mnie do zmywania naczyń, które potem razem czyścimy.
  Nasi rodzice także byli zszokowanai jego wyglądem. Mama z rozwartymi szeroko oczami podeszła do Treya i przytuliła go do siebie jak małe dziecko, jednocześnie go podtrzymując. Widać było, że ledwo chodzi o własnych siłach. 
- Mój syneczek- powiedziała pieszczotliwie, głaszcząc go po włosach. Choć mój brat był wyższy od niej o kilka centymetrów, to miała na tyle długie ręce, aby go opleść rękoma jakby był małym chłopcem, a nie niesfornym nastolatkiem. Mama zaczęła drżeć w jego ramionach, jakby bezgłośnie szlochała.- Mój Trey...
- Nic mi nie jest, mamo- powiedział słabym głosem, który raczej nie brzmiał na należący do zdrowej osoby.- Shadow, powiedz coś.
- Wybacz, ale nie dziw się zachowaniem mamy.- powiedziałam ze zmartwioną miną.- Trey, nie obraź się, ale wyglądasz jak duch! Nie powinieneś leżeć w łóżku?
- Nie jestem słabeuszem- mruknął. Widocznie zabrakło mu argumentów.
  Prychnęłam. Faceci. Choćby nie wiem jak byli poturbowani czy zranieni, to zawsze robią z siebie nie wiadomo jakich twardzieli. 
- Trey- powiedział stanowczo tata przez co mój brat spuści głowę na ramię mamy, która przestała go tulić tylko przypatrywać się swoim dwóm mężczyzną ( o ile tak można nazwać mojego braciszka).  Widocznie tata uznał, że trzeba tutaj męskiej ręki- To że byłeś ofiarą wypadku i wyglądasz tak... no jak wyglądasz, nie oznacza, że jesteś mięczakiem. W tej chwili zaczynasz się wygłupiać i Shadow ma rację: powinieneś iść do łóżka i wypoczywać, aż będziesz miał tyle sił, aby stanąć na dwóch nogach o własnych siłach.
- Nie zszedłbym bez powodu. Telefon Shadow przez cały czas dzwoni w jej pokoju, aż w końcu postanowiłem jej o tym powiedzieć. Nie chciałem was denerwować.
  Co? Spojrzałam na niego zdziwiona po czym przypomniało mi się, że wyjęłam komórkę, bo już się rozładowywała i raczej nie wytrzymałaby do końca naszych zakupów. Zrobiło mi się głupio, że przez to Trey nie mógł spać. Nagle poczułam się mała pod odstrzałem trzech spojrzeń, a na moich policzkach pokazały się rumieńce.
- Przepraszam was.- powiedziałam zawstydzona.  
  Trey machnął ręką.
- Nie przepraszaj tylko idź odebrać.
  Posłusznie zabrałam swoje torby i wbiegłam po schodach na piętro. Rzeczywiście po chwili usłyszałam dzwonek mojego telefonu, więc w podskokach weszłam do pokoju i odłożyłam swoje zakupy. Nogi trochę mnie bolały od ciągłego chodzenia po sklepach, więc położyłam się na łóżku i sięgnęłam po telefon, który nie dawał mi spokoju. Przez chwilę myślałam, że do Jake chce mnie wkurzyć, jednak na ekranie wyświetlił mi się numer Bonnie, co było dziwne, bo do mnie rzadko dzwoniła, chyba że chodziło o mojego kuzyna. Zmarszczyłam brwi i odebrałam telefon:
- Bonnie? 
- Shade, dobrze że odebrałaś. Gdzieś ty była?- spytała na pozór wesołym tonem, jednak wychwyciłam w nim nutę zdenerwowania. 
  Zrobiłam zdziwioną minę, jednak spróbowałam się trochę rozluźnić.
- Na zakupach z mamą. Bonnie czy coś się stało? Nie chodzi o to, że nie lubię jak dzwonisz, ale przyznaj, że rzadko to robisz, a jeżeli już to kiedy coś się dzieje. 
  Przez chwilę milczała, jednak po chwili westchnęła głęboko, a w tle rozbrzmiał szum przewracanych kartek.
- Shadow... czy wiesz gdzie jest S.J?
  Zamrugałam. Okej, tego się nie spodziewałam. Miałam bardzo złe przeczucia.
- Podobno siedzi dziś w domu, bo musi zająć się bratem, a co?
- Ehm, on siedzi w CZYIMŚ domu. Dokładniej u Amandy i chyba się migdalą. Ona mieszka obok mnie i ma niezasłonięte okna, więc...
  Nim zdążyła dokończyć jednym susem zeszłam z łóżka i zbiegłam ze schodów, nie zabierając ze sobą telefonu. Wściekłość dodała mi skrzydeł, przez co w ciągu sekundy znalazłam się przy głównym wejściu do domu.
- Shadow, gdzie idziesz?!- krzyknęła mama z kuchni, jednak zamknęłam drzwi, aby nie widziała w jakim stanie jestem. A prawda była taka, że byłam bliska zwierzęcej furii i jeżeli to co Bonnie mówiła jest prawdą, to lepiej niech te gołąbeczki wieją, bo nawet najgroźniejsze zwierze nie jest bardziej bezlitosne niż narwana i zazdrosna dziewczyna, zdradzona przez swojego przyjaciela.


  Wiem i teraz pewnie wszyscy powiedzą: krótki rozdział, a ona nad nim tak długo siedziała. Przepraszam was, ale mam naukę, jeszcze jeden blog, a niestety klawiatura zjada mi litery, więc jak co to spróbuję jeszcze wychwycić błędy. Wiem, że nie za dużo tego jest, ale wena znowu mnie opuściła, a nie wiem jak wy, ale ja wolę poczekać na notkę, która jest dobra, choć krótka. To przynajmniej takie jest moje zdanie, nie wiem jak wy. Dziękuję za tyle wejść i mam nadzieję, że nadal czytacie mój blog. Póki co to do następnej notki i życzę miłego czytania!
  
  
  
  


  




  

  

piątek, 1 listopada 2013

Rozdział XVIII- Manipulacja

Rozdział XVIII- Manipulacja
  W całej szkole wrzało od plotek na temat zaginięcia Shy. Nie było minuty, żeby nikt o tym nie mówił. Wszyscy wysuwali swoje wnioski, co zaczynało być wnerwiające. Zaginięcie to poważna sprawa, a nie kolejny temat do gorących ploteczek! Poza tym podświadomie czułam, że w tą sprawę był zamieszany ktoś z naszego świata, co nie oznaczało niczego dobrego. Jednak po co komuś z Miasta Cieni Shy? Dla rozrywki? Nic innego nie przychodziło mi do głowy. Shy była zwyczajnym człowiekiem, niczym nie wyróżniającym się w świecie Przyziemnych, więc po co była takiemu rycerzowi faerie albo wilkołakowi? Wszystko było bez sensu, choć w moim świecie tak naprawdę nie istnieje takie pojęcie jak ,,logika''. W końcu swoim istnieniem zaprzeczamy wszelkim prawom natury, prawda? 
  Właśnie przeciskałam się przez tłum przechodniów, który był tak gęsty, że ledwo można było przejść. Właśnie dochodziły godziny szczytu, przez co wszyscy wychodzili ze swoich domów, aby złapać trochę miejskiego smogu oraz pozałatwiać swoje sprawunki. W innej sytuacji maszerowałabym przed siebie, rozmyślając o tym jakie ciuchy sobie kupić, jednak teraz głowę zaprzątały mi chaotyczne myśli, które nie mogłam złożyć przez głośne rozmowy Przyziemnych, kakofonię klaksonów oraz ostry smród benzyny, który nagle zaczął mi dokuczać, choć wcześniej uważałam go za znośny. Wszystko to powodowało, że nie mogłam złożyć jednej logicznej myśli w całość, co mnie lekko irytowało. Nie miałam jednak czasu, aby się wkurzać na cały świat. Musiałam szukać mojej przyjaciółki, a doskonale wiedziałam, gdzie mogłam zdobyć pożyteczne informacje. Na Manhattanie było tylko jedno takie miejsce.
  A oto i one, pomyślałam, kiedy stanęłam przed pozornie starym budynkiem, który służył kiedyś za magazyn pewnej fabryki. Szara farba odklejała się wielkimi płatami od ścian, pokazując styropian, który miał pewnie za zadanie ocieplać cały budynek, a obecnie był on trochę wyskrobany i porośnięty brudem. Dach wydawał się być zapadnięty w budynek przez co przypominał oklapnięte ciasto. Właśnie taki widok widzieli Przyziemni, jednak wystarczyło zamknąć oczy i skupić się, aby po chwili ujrzeć miło wyglądającą kawiarenkę, która pękała w szwach od gości różnego pokroju: od dampirów po wróżki i gobliny, które siedziały przy stolikach przy oknie i właśnie gapiły się na mnie jak na dziwaczny rodzaj owada. No cóż, nigdy nie ukrywały, że uważają mój rodzaj za pasożyty.
  Stojące przy drzwiach ifryty, przyglądały mi się zza swoich kapeluszy zaciekawionym spojrzeniem, ale jednocześnie były bardzo czujne. Taki było ulubionym miejscem spotkań istot z Miasta Cieni, dlatego nie lubili, kiedy przychodziliśmy tutaj. Wiadomo było, że głupi Poziemny plus narwany Nefilim, równa się bójka. Między innymi dlatego byli tutaj zatrudniani- aby zapobiegać konfliktom. 
  Na szczęście ja nie wdałam się JESZCZE w żadną bójkę, dlatego nie byłam na ich czarnej liście. W zasadzie, to chyba mnie trochę lubili, ale ciężko to było stwierdzić. Z ifrytami nigdy nic nie wiadomo.
  Uśmiechnęłam się na widok twarzy jednego z nich- Marquela. Miał charakterystyczną czerwoną skórę, pomarańczowe włosy, które skrywał pod kapturem, choć niektóre kosmyki wymykały się spod przykrycia, czarne oczy z zieloną obwódką oraz łagodny wyraz twarzy. Gdyby nie to, że w zielonym płaszczu przypominał gangstera ze starych filmów sensacyjnych, to mógłby wtopić się w tłum ( oczywiście wcześniej używając fluidu albo opalacza, aby nie było widać tej czerwonej barwy).
  Na mój widok także się uśmiechnął i wyszczerzył swoje ostre jak igiełki zęby. Jego towarzysz przyglądał nam się z zaciekawieniem.
- Panna Shadow Bernwell- powiedział Marquel wesołym tonem- Co panienkę tu sprowadza? Zatęskniłaś za kuchnią szefa Krugera?
- Trochę- przyznałam- Ale jestem tu w innej sprawie. 
- Chodzi o tą zaginioną Przyziemną?- spytał jego kompan, przyglądając mi się badawczo. Coś w jego jadeitowych oczach mówiło ,, Lepiej wiej!'', ale zachowałam zimną krew. Takich nieprzyjemnych kolesi to znałam na pęczki.
- Tak, a co?- odpowiedziałam mu hardo, po czym zwróciłam się z serdecznym uśmiechem w stronę Marquela.- To jak, mogę wejść?
- Pewnie, ale nie narozrabiaj, Nefilim. Dzisiaj mamy niezły ruch- puścił do mnie oczko i odsunął się od drzwi, aby mnie przepuścić.
  Odpowiedziałam mu szerokim uśmiechem i weszłam do naszej restauracji, jednocześnie wpadając na jakiegoś wampira o białych włosach, który właśnie wychodził. Pokazał mi swoje ostre kły w drapieżnym uśmiechu i odszedł z rękami w kieszeniach swojej skórzanej kurtki. Obrzuciłam go obojętnym spojrzeniem i zaczęłam przemierzać stoliki w poszukiwaniu wolnego miejsca.
  Marquel miał rację: rzeczywiście był niezły tłok. Większość stolików była już zajęta przez pięcioosobowe grupki, które własnie przyglądały mi się zza swojego menu jak na atrakcję w zoo, co ignorowałam. Kelnerki ledwo uwijały się z zamówieniami, a kawiarenka cały czas napełniała się istotami różnego pokroju od tych żałosnych po najbardziej straszne i oślizgłe ,przez co w powietrzu można było wyczuć zapach jedzenia i perfum, pomieszanych z lekkim zapachem rozkładu, co było mało przyjemne, ale dało się do tego przyzwyczaić. Poza tym po kilku sekundach smród znikał dzięki klimatyzatorom, które ktoś sprytnie podłączył przez co ludzie nie mogli wiedzieć o ich istnieniu, więc można by było pomyśleć, że to zwyczajna kafejka ze zwykłym jedzeniem i ,,normalnymi'' gośćmi ( oczywiście mówię o tym ze sporą dawką sarkazmu). 
  Przemykałam między wszystkimi, aż w końcu znalazłam wolny stolik, ulokowany tuż przy oknie, dzięki czemu mogłam mieć widok na wszystko co się działo poza lokalem. Z uśmiechem zajęłam miejsce i położyłam swoją torbę na wolnym krześle. Nawet nie zdążyłam mrugnąć, kiedy przy mnie zjawiła się jedna z kelnerek, na którą wołali Mattie. Jak zwykle związała swoje złote loki w niedbały kok z którego wymykały się pojedyncze kosmyki, a na ulubiony błękitny top i jeansy założyła swój granatowy fartuszek, który podkreślał drobną budowę jej ciała i kremowy odcień skóry. Przyglądała mi się z szerokim uśmiechem zza karty dań. Jej jednolite czerwone oczy wydawały się błyszczeć.
- Na co masz dzisiaj ochotę, Shadow?- spytała tym swoim wysokim, śpiewnym głosem, charakterystycznym dla kobiet-elfów.
- Naleśniki z czekoladą i koktajl truskawkowy- wyliczyłam na palcach i położyłam na stoliku dwadzieścia dolarów.- Reszty nie trzeba. 
  Mattie zaśmiała się pod nosem, wzięła pieniądze i kręcąc biodrami poszła w stronę kasy, dzięki czemu zostałam sama i mogłam pomyśleć, jak to rozegrać. Mogłam wprost zapytać się czy ktoś coś wie, jednak to było trochę ryzykowne. A co, jeżeli ktoś zna porywacza albo jest zamieszany w jej zniknięcie? Poza tym, pochopne wyciąganie wniosków w moim wydaniu zwykle kończyło się bijatyką, a nie chciałam wrócić z pewną ,, pamiątką'' na twarzy do domu. Musiałam wymyślić jak wszystkich podejść. Tylko pytanie: jak? Myśl Shadow, myśl...
  Nagle usłyszałam skrzypienie odsuwanego krzesła tuż obok siebie. Podniosłam głowę, aby powiedzieć, że nie chcę towarzystwa, jednak nic nie powiedziałam, widząc znajome brązowe oczy przybysza. Na plecach czułam ciekawskie spojrzenia innych klientów, jednak nie zaszczyciłam ich spojrzeniem. Byłam zbyt przerażona.
  Każdy kto nie zna Travisa często myśli, że jest groźny niczym mała złota rybka. Jest on jednym z przykładów na to, że pozory mylą. Tak jak jego ojciec ma kruczoczarne włosy, przypominające barwą węgiel, łagodne rysy twarzy i ciepłe brązowe oczy, które najczęściej wyglądały na przyjazne, lecz podczas bitwy mogłyby kogoś zabić. Jedyne co w jego wyglądzie było znakiem ostrzegawczym to jego wojownicza postura i zimny, obojętny wyraz twarzy, który często miał w towarzystwie nieznajomych. Był taki jak inni wojownicy z naszego świata: zabójczo przystojny, ale też zabójczo skuteczny, za bardzo. Między innymi dlatego nigdy nie mógł się opędzić od dziewczyn i zwracał na siebie uwagę.  
  Bałam się mu spojrzeć w oczy. Travis był jednym z niewielu chłopców, którzy mnie w jakiś sposób przerażali. Nie chodziło o to, że prowadzę z nim jakąś wojnę- byliśmy w dobrych stosunkach, jednak czasami czułam od niego energię, która mogła zwalić mnie z nóg. Świadczyła ona czy jest w dobrym nastroju czy nie, a na szczęście dziś nie było źle. Jednak i tak zapadłam się głębiej w krzesło i uciekłam od niego spojrzeniem. To chyba go nie zraziło, bo poczułam jak przysuwa się do mnie bliżej, aż oddzielała mnie od niego tylko kurtyna z włosów. To było krępujące i to jeszcze w zatłoczonym lokalu. Chyba umrę ze wstydu.
- Nawet się nie przywitasz?- spytał, chwytając kosmyk moich włosów i nakręcając go sobie na palec.- Wiesz, myślałem, że jesteś milsza.
- Dziś nie mam na stroju- przyznałam, w końcu spoglądając z na niego. Wyglądał świetnie w czarnej koszuli i jeansach, a jego włosy były w nieładzie przez co wyglądał niewinnie jak dziecko. To jednak mnie nie zmyliło, zbyt długo go znałam.
- Chodzi o tą Przyziemną, prawda? Shadow, czasu nie cofniesz, nie możesz się tym zamartwiać. 
- Mogę robić co chcę, Versill.
- Ależ ty delikatna- skwitował z szelmowskim uśmiechem na twarzy.-Wiesz, jeżeli chcesz to z chęcią ci pomogę w jej odnalezieniu. Nie jestem zimnym draniem.
  Właśnie to widzę. Między innymi dlatego trzymałam się od niego z daleka. Potrafił być mocno wkurzający. 
   Stanowczo wyrwałam mu z ręki kosmyk moich włosów i spiorunowałam go  spojrzeniem, aby trzymał się ode mnie z daleka. Nie miałam ochoty na droczenie się z nim. Nie dzisiaj.
  On jednak nic sobie z tego nie zrobił. Wręcz jeszcze bardziej się rozgościł i spojrzał na mnie spod rzęs.
- Przestań, Bernwell. Znamy się tyle lat, a ty ciągle uważasz mnie za tego małego urwisa, którym byłem, choć ty także nie byłaś ode mnie lepsza. Spójrz na mnie i powiedz mi, czy jestem tym samym maluchem, który bił się z tobą po lekcjach?- rozłożył ręce w poddańczym geście.
  Nie mogłam się powstrzymać od uśmiechu, kiedy przypomniałam sobie nasze bijatyki.  Kiedy mieliśmy siedem lat, w prawie każdy czwartek biliśmy się poza szkołą, co traktowaliśmy jako zabawę. Tylko nasi rodzice nie uważali tego za zabawne, ale teraz im się nie dziwiłam. Nagle przed oczami stanęła mi scena, kiedy jego ojciec Xander ( tak, ten Xander) przyłapał nas na jednej z takich bójek i wyprawił mu kazanie godne dyrektorki Mollis, która potrafiła gadać przez kilka godzin na ten sam temat. Co prawda ja też dostałam za to ochrzan, ale mina Travisa, kiedy ojciec odciągał go ode mnie, była po prostu bezcenna.
  Na widok mojego uśmiechu, Travis rozluźnił się i kiwnął głową w stronę drzwi wyjściowych.
- Może się przejdziemy? No wiesz, poszukamy zguby, bo policja raczej nic tu nie pomoże.
- Ale bez planu my także też nic nie zdziałamy- zauważyłam.- Poza tym przyszłam tu wyciągać informacje i przy okazji coś zjeść. 
  Właśnie w tym momencie, Mattie pojawiła się przy stoliku z rozbawieniem malującym się w jej oczach. Widocznie doszła do wniosku, że Trav ze mną flirtuje, bo  tylko to wyjaśniało jej zachowanie. Położyła przede mną kubek z koktajlem truskawkowym i pyszne złociste naleśniki, które przyjemnie pachniały cynamonem i spojrzała na mojego towarzysza.
- Witaj Travis. Chcesz coś zamówić?
- Dziękuję Mattie, ale jestem po obiedzie.- pocałował ją w rękę jak dżentelmen i zwrócił uwagę z powrotem na mnie.
  Mattie wyraźnie się zarumieniła i szybciutko odeszła od nas, aż się za nią kurzyło. Musiała być mocno skrępowana, choć to w sumie ja powinnam być zawstydzona. Dam głowę, że jutro  po naszym świecie rozejdzie się plotka, o naszym rzekomym ,, romansie''. Uhh, kolejna rzecz przez którą trzymałam się od niego z daleka.
  On jakby to byłą najnaturalniejsza rzecz na świecie, pogłaskał mnie po policzku, przez co odskoczyłam jak oparzona. Takich sztuczek z jego strony naprawdę nie lubiłam, a on... no cóż, uwielbiał mnie irytować. Nic dodać, nic ująć.
- No chodź, Shade- mówił tym swoim uwodzicielskim głosem, nie przejmując się obecnością klientów, którzy na bank się na nas gapili.- Zjedz i chodź ze mną. Wiesz, że możesz na mnie liczyć. No chodź, mała. 
 Miałam właśnie ochotę wycelować w niego tym talerzem, jednak do głowy wpadł mi jeden pomysł. Ojciec Travisa przecież był przywódcą eidolonów, a w jego szeregach był jeden z najlepszych tropicieli w naszym świecie o którym krążyły legendy. Czemu by nie obrócić tych sztuczek przeciwko Travisowi? Lubiłam go, ale nienawidziłam sposobu w jaki ze mną pogrywał, jakby był przekonany, że może mieć każdą dziewczynę jaką zechce, nawet mnie, a nie byłam łatwym towarem. Poza tym moje złamane serce nie należało do nikogo i nie zamierzałam go nikomu ponownie dawać. Najpierw chcę wyjaśnić to wszystko, ale Shy jest na pierwszym miejscu. Bawienie się w półśrodki nic nie da. Trzeba działać.
- Travis?- przeciągnęłam jego imię, jakbym chciała mu powiedzieć coś poufałego.
  Złapał się. Natychmiast pochylił się nade mną.
- Tak?
- Mogę cię o coś poprosić?


  To chyba jeden z najdłuższych rozdziałów na tym blogu. Wena zaczęła mi dopisywać, więc pomyślałam, że uwinę się z kolejnym rozdziałem. Jak tam po Halloween? Ja w szkole miałam super zabawę, a raczej ,, upiorną'' zabawę, a wy? Mam nadzieję, że rozdział wam się podoba. A tak na marginesie: znacie jakieś dobre strony z gifami lub jakimiś ruchomymi obrazkami? o chciałabym je dodawać to postów, aby miały coś fajnego, jednak nie mogę znaleźć takich fajnych. Jeżeli ktoś zna, to bardzo proszę o adres. Poza tym, miłego dnia i czytania!


  
   
  
  

   


Obserwatorzy